Marek "Mocny" w Australii
Marek "MOCNY" Wspomnienia z wyprawy do Melbourne 2019
Jeśli spojrzeć z perspektywy czasu na całość tego zdarzenia to można by dojść do wniosku, że to krótka wycieczka i nie ma sensu przesadzać z nazywaniem tego inaczej. Biorąc jednak pod uwagę od jak dawna pojawiły się marzenia, jak długo ich realizacja wisiała na włosku, a potem jak mozolnie krok po kroku samodzielnie organizowałem wszystkie szczegóły i wreszcie jak aktywnie ten czas został wykorzystany – myślę, że z czystym sumieniem mogę wyjazd do Melbourne uznać za wyprawę.
Chyba jedną z najbardziej skomplikowanych, a jednocześnie tak wspaniale udaną, że nawet teraz – 5 dni po powrocie do domu – zaczynając pisać te wspomnienia jestem niezmiernie szczęśliwy, że to wszystko tak się udało. Nie było idealnie ale nie śmiem oczekiwać od losu więcej niż dane było mi przeżyć w trakcie tej eskapady.
Przejdźmy jednak do wspomnień.
Piątek 08.03.2019
O godz. 20:00 zamknąłem swojego laptopa z nieodmiennie znaną świadomością, że jeszcze pozostały jakieś sprawy zawodowe, które mogłyby być dokończone. To efekt różnych kwestii, począwszy od zakresu moich służbowych obowiązków po fizyczne możliwości ich ogarnięcia. Znalazłem „okno czasowe”, w trakcie którego moja nieobecność w Polsce i minimalna aktywność na łączach dostępnych mediów nie wywoływały zbyt dużych perturbacji.
Pakowanie – 1 duża walizka z dostępnym ciężarem bagażu 24-25 kg, laptop, aparat fotograficzny i najważniejsze: 2 teleskopowe wędki do wykorzystania z dwiema flagami – jedną moją jedyną z napisem ROBERT KUBICA oraz drugą, powierzoną przez Martę – mini sektorówką z 6 tysiącami zdjęć kibiców Roberta. „Na deser” jeszcze rulon stanowiący baner, który przygotowaliśmy wspólnie z grupą aktywnych Kibicofanów zrzeszonych pod szyldem Racing Zone 88. Baner miał wyrażać wdzięczność nas kibiców Roberta dla doktora Mario Igora Rossello z kliniki w Savonie za mityczne uratowanie życia, a także zniszczonej prawej ręki w trakcie 7 godzinnej operacji niezbędnej po wypadku 06.02.2011 r. w trakcie rajdu Ronde di Andora.
W bagażu podręcznym najnowsza książka o Robercie – „Niezniszczalny” oraz najstarszy z moich zeszytów, w którym od roku 1977 notowałem wyniki sezonu Formuły 1.
Spakowanie poszło nawet dość szybko i ok. 0:30 już w sobotę nastawiałem się mentalnie na sen aby złapać jak najwięcej sił na czekającą mnie wielogodzinną podróż.
09.03.2019 – pobudka, skromny posiłek i wyjazd ok. 7:00 z Wir w stronę Warszawy. Autostrada A2 tego poranka nie była zbyt zatłoczona, a co najważniejsze na całym dystansie do Warszawy nie napotkałem na żaden wypadek, który mógłby zablokować dojazd. Szczerze – planu B w tym zakresie nie było. Wylot zaplanowany był na 13:25 zatem zapasu trochę było, ale w sytuacji podbramkowej mogłoby być niewesoło. Dlatego szczera rada na przyszłość: lepiej dzień wcześniej przemieścić się do miasta skąd zaplanowany jest wylot. Jeszcze szybki wskok do otwartego centrum handlowego po najświeższy egzemplarz miesięcznika F1 racing i…..
Ok. 10:30 parkingowy shuttle podwiózł mnie na lotnisko Fryderyka Szopena, i pozostało dopełnić
formalności związane z kartą pokładową, kontrolą bezpieczeństwa itp. itd. Leciałem sam bez kogokolwiek z najbliższych, ani kogoś ze znajomych. Przygoda całkowicie zależna była ode mnie.
Walizkę nadałem natomiast baner z wędkami laptopem i aparatem fotograficznym stanowiły mój „pakiet podręczny”. Czekając przy bramce przeznaczonej już do mojego lotu nagle zauważyłem załogę samolotu linii Emirates, która przez najbliższe godziny miała zajmować się bezpiecznym przelotem do Dubaju. Nie mogłem nie spróbować ich poprosić o wspólne zdjęcie oczywiście z flagą ROBERT KUBICA i nie było z tym najmniejszego problemu. Powstała jedna z pierwszych pamiątkowych fotografii z tego pionierskiego wyjazdu.
W samolocie Boeing 777 zająłem miejsce przy oknie w rzędzie tuż przy parze chyba z Chin. Miałem tyle myśli i obserwacji, że nie zawracałem głowy ani im ani sobie na silenie się jakąś rozmową. Stewardesy zaraz na początku poinformowały jaki będzie przebieg oferowanych posiłków w trakcie mającego trwać 5 godz. 40 min. przelotu do Dubaju. Mój zrolowany baner znalazł spokojne miejsce za ostatnimi czterema fotelami pasażerów tej samej sekcji, w której siedziałem i ze spokojem można było oczekiwać na wzbicie się naszego samolotu w powietrze. Start nastąpił dość punktualnie 13:25, po przebiciu się przez warstwę chmur nie było już czego na dole oglądać, zatem oddałem się lekturze kolejnych stron „Niezniszczalnego”, a potem wybrałem jeden z chyba kilkuset dostępnych w trakcie lotu filmów. Były nawet takie dostępne w j. polskim, a mój wybór padł na Bohemians Rapsody.
Widziałem już raz ten muzyczny dokument w kinie, ale na wysokości ok 11000 m efekt był chyba nawet jeszcze mocniejszy. Tak – w trakcie lotu na dużej wysokości ponoć pasażerowie poddani emocjom są bardziej skorzy do wzruszeń, a dla mnie wspomnienia związane z muzyką Queen zostały ponownie ożywione. Dlatego trochę ukrywałem twarz przed innymi współpasażerami bo takie mocne odczucia, zupełnie pozytywne ale rzeczywiście mocne ponownie się nasiliły.
W trakcie lotu podawano posiłki jak również napoje więc postanowiłem zacząć podróż pod znakiem dobrego białego wina. Ponoć kraj docelowy słynie z dobrej jakości win zatem warto było przygotować kubeczki smakowe na jakiś miły efekt. Co prawda na wysokości przelotowej odczucia tychże kubeczków są mocno osłabione, ale przejmować się takim zjawiskiem zbytnio nie miałem zamiaru
Lot upływał spokojnie, bez żadnych niezwykłych zdarzeń. Na ekranie wbudowanym w zamontowany przede mną fotel mogłem w razie potrzeby cały czas obserwować nie tylko miejsce i parametry lotu ale również wybrać obraz z kamer umieszczonych na kadłubie samolotu.
Jedna kamera na szczycie statecznika pionowego, druga pod kabiną pilotów. Czy można chcieć jeszcze więcej ? Przez okno po mojej prawej stronie co jakiś czas obserwowałem zachodzące słońce nad Turcją, a potem Irakiem, Kuwejtem, aż wreszcie pojawiło się wybrzeże zatoki Perskiej.
Co ja tam robię ? – pomyślałem w pewnej chwili. Czy to się naprawdę dzieje ? Będąc w doskonałym humorze po ok. 6 godzinach lotu samolot zatrzymał się w wyznaczonym miejscu lotniska w Dubaju.
Było już ciemno, gdyż lecieliśmy ku linii zachodzącego słońca. Zabrałem cały „podręczny pakiet” i choć miałem jeszcze nadzieję na zrobienie ostatniego zdjęcia z flagą na pokładzie samolotu wraz z miłymi i uroczymi stewardesami to jednak, ktoś z załogi zabronił tego melanżu i nastąpiło opuszczenie komfortowego Boeinga.
Była 22:00 czasu miejscowego gdy znalazłem się w holu głównym lotniska, gdzie należało oczekiwać przez 5 godzin na wylot do Melbourne. Pierwszy krok do baru na kawę. Ceny dość okrutne ale musiałem się przygotować na czuwanie aby nie przeoczyć kolejnego samolotu. Po napełnieniu kofeiną organizmu postanowiłem zrobić wielokrotne spacery od jednego końca holu lotniska do drugiego celem doprowadzenia organizmu, a szczególnie układu krwionośnego do najbardziej normalnego stanu osiągalnego po pierwszym przelocie. Druga część lotu miała trwać bowiem ponad dwa razy dłużej (12 godzin). Miałem też świadomość, że w ostatnich 2 miesiącach starałem się przygotować dobrze kondycyjnie i wielokrotnie odwiedzałem basen aby zamieszać tam wodą, oczywiście na tyle na ile pływanie dla mnie jest umiejętnością opanowaną ;),
W holu lotniska w Dubaju oczywiście spostrzegłem pięknego ulicznego McLarena, którym można było odbywać w dzień przejażdżki.
Dostęp do WiFi spowodował, że przesłałem do kraju parę aktualnych wiadomości i w taki sposób przetrwałem do końca soboty 09.03.2019.
10.03 – niedziela zaczynała się dla mnie w Dubaju, gdzie raz jeszcze okrążyłem hol lotniska aby ok. 2:00 znaleźć się przy bramce kierującej do samolotu przeznaczonego do lotu do Melbourne. Przed wejściem na pokład jeszcze pamiątkowe zdjęcie z mini sektorówką w dłoniach i wejście na pokład Airbusa A380.
Nigdy nie leciałem jeszcze takim samolotem. Miejsce na dolnym pokładzie w klasie Economy zapewnia jeszcze więcej przestrzeni, niż w niedawno używanym Boeingu 777. Ponownie miejsce przy oknie i oczekiwanie na start. I wtedy kapitan samolotu oświadczył, że ze względu na wzmożony ruch samolotów wokół lotniska w Dubaju nasz wylot zostanie opóźniony o ok. 50 min. Uspokoił nas jednocześnie twierdząc, że nie jest to nic niezwykłego w tej okolicy i podsumowując sakramentalnym „it is what it is”. No cóż, zamiast 3:00 samolot wzbijał się w powietrze ok. 4:30 ale ten długi postój pozwolił mi na zaobserwowanie strzelistego wysokościowca Burdż Chalifa, który w niejednym filmie odegrał ważną scenograficzną rolę. Po mojej lewej stronie było jedno miejsce wolne, a dalej na ostatnim w 3 fotelowym zestawie siedział jakiś mężczyzna wyglądający mi na mieszkańca półwyspu iberyjskiego. Kto wie ? Może on też leciał na GP Australii ? Gdy już oderwaliśmy koła od pasa startowego w Dubaju stewardesy ponownie rozdały ulotkę informującą o planie posiłków, a następnie po pierwszym posiłku nastąpiła „cisza nocna”. Światła przygaszone, „roletki” w szybach opuszczone, kto mógł to spał, kto nie mógł lub wręcz nie chciał miał do dyspozycji ponownie mega zestaw filmów i muzyki dostępne przez słuchawki. Byłem już dość zmęczony i postanowiłem łapać
sen ale nie było to łatwe. Suma summarum chyba po ok. 4 godzinach w ramionach Orfeusza nie było już dalszych szans na sen.
W trakcie lotu do Australii stewardesy rozdały również deklaracje celne, które mają w tym przypadku odstraszyć pasażerów od wwożenia na teren tego kraju jakiejś żywności, nasion nie mówiąc oczywiście o narkotykach, chorobach itp.
Po przeleceniu w okolicy Indii cały dalszy lot nad oceanem był nadal płynny i spokojny. Wreszcie z mapy wyświetlanej na ekranie wynikało, że nadlecieliśmy nad południowo-wschodni kraniec Australii – czyli Perth.
Dalej przemieszczaliśmy się nad południowym wybrzeżem i pojawiła się Adelajda. Wspomnienia z sezonu 1986 gdy Nigel Mansell stracił tam szansę na upragniony pierwszy tytuł stały się bardziej żywe. I wreszcie nadeszło podchodzenie do lądowania do lotniska w Melbourne. Było już ciemno gdy kapitan samolotu posadził łagodnie Airbusa A380 na pasie lotniska i choć braw oficjalnych nie było czułem, że to jest wyjątkowy moment. Marek S. dotarł wraz z pozostałymi pasażerami do krainy Kangurów . Nie jest mi nic wiadome aby oprócz mojego kuzynostwa pochodzącego z Wałbrzycha ktokolwiek z mojej bliższej lub dalszej rodziny bawił w przeszłości w tym miejscu.
Zaraz po opuszczeniu samolotu i pojawieniu się w holu lotniska Tullmarine w Melbourne zauważyłem wielkie reklamy dotyczące głównego celu mojej podróży – Rolex 2019 Australian GP. Odebrawszy główny bagaż (ucieszyłem się, że wszystko zostało dostarczone do wyznaczonego celu w nienaruszonym stanie) i idąc w kierunku kontroli paszportowej nagle przed moimi oczyma pojawiło się 3 współpasażerów, którzy targali ze sobą plecaki i torby z napisem Williams Racing Team !!!
Poprosiłem o wspólne zdjęcie i zagadnąłem co tam Panowie w zespole. Byli bardzo oszczędni w wypowiedziach, jakby zastraszeni, niepewni jutra. O odejściu (wrrróć ! – urlopie ) Paddy Lowe dowiedzieli się dopiero parę dni temu. No cóż – odniosłem wrażenie jakbym spotkał dzieci we mgle.
Odebrał ich z lotniska jakiś kierowca i tyle się widzieliśmy. Ja podążyłem w poszukiwaniu wypożyczalni samochodów. Miałem stresa bo planowo mieliśmy wylądować o 23:40 w niedzielę 10.03 ale ze względu na opóźnienie startu oraz kolejki przy odbiorze bagażu jak i kontroli paszportowej wychodziłem z lotniska ok. 1:00. Na całe moje szczęście dotarłem do biura Europcar dosłownie gdy dwie jego pracownice już zamierzały zamykać komputery i zamykać obiekt. Po spełnieniu niezbędnych formalności otrzymałem kluczyki do samochodu, który maił mnie wkrótce mile zaskoczyć. Pierwotnie zarezerwowałem Subaru ASX, ale ostatecznie otrzymałem trochę większego Holden Equinox
Spakowałem się i tym razem usadziwszy się na prawym fotelu ruszyłem w nocną drogę do hotelu. Po drodze „zwiedziłem okolicę” gdyż 2 krotnie pomyliłem trasę. Na szczęście ok. 2:00 wjechałem na parking hotelu w Preston przy Bell str. 205. To miała być moja baza na najbliższy tydzień. Jak do tego momentu samopoczucie było całkiem OK. Oczywiście zmęczenie było, gdyż podróż od chwili wyjazdu z domu do dojazdu do hotelu zajęła w sumie 39 godzin. Ale również szczęście, że wszystko się udało, cały i zdrowy wraz z bagażem w komplecie jestem tu i teraz zaledwie 12 km od toru Albert Park, gdzie za chwilę dojedzie do historycznego powrotu…. To wszystko trzymało mnie na mocnym duchu.
Hotelowy pokój nie zrobił początkowo dobrego wrażenia na mnie.
Nie chodziło o jego wielkość bo dla siebie przestrzeni mi nie brakowało. Jednak przygotowanie pokoju nie było najlepszych lotów. Rano zauważyłem, że okno od zewnątrz było brudne. Fakt jest jednak taki, że na 4-tym piętrze i na wszystkich pozostałych okna nie otwierały się bardziej niż zaledwie na kilka centymetrów przy dolnej krawędzi. Mycie ich od wewnątrz było zwyczajnie niemożliwe. Nic to – nie zamierzałem stracić kwoty zbyt dużej na hotel natomiast znakomita decyzją jak się później okazało było rezerwowanie opcji ze śniadaniem. Były one codziennie niemal identyczne, a jednak na tyle wybór obszerny, że nie znudziło mi się i każdego dnia stanowiły znakomitą bazę do dalszego intensywnego balowania po Melbourne i okolicach.
11.03 Poniedziałek
Pierwsza pobudka w Australii niemal sposobem naturalnym nastąpiła ok. 7:30 (!!!). Nie wiem dlaczego ale nie miałem z względnie krótkim snem problemu. Chyba organizm spinał się i dawał do zrozumienia, że jakby co to możesz Marek ruszać na wycieczkę….. I wtedy nagle messengerem nadeszła wiadomość od Michała, z którym wcześniej poprzez FB oraz bloga Powrót Roberta skontaktowałem się i potwierdziłem, że będę w Australii. Wiadomość brzmiała : zaraz wsiadam do autobusu i jadę na wycieczkę Great Ocean Road….. Szybko zajrzałem do neta i jak zobaczyłem co to jest za wycieczka krew zaczęła pulsować szybciej. Początkowo chciałem dołączyć do Michała ale on był zakwaterowany gdzieś blisko centrum a ja jakby nie było 12 km od. Uzmysłowiłem sobie, że mam samochód i 2 dni na zapoznanie się z Australią.
Wskok do internetu również uzmysłowił mi, że życie ludzkie jest zawsze zawieszone na jakimśniestety cienkim włosku szczęścia. Szczęścia, którego zabrakło minionej nocy pasażerom Boeinga etiopskich linii lotniczych, którzy zginęli w wypadku lotniczym właśnie w Etiopii. I był to niestety jeden z nowszych samolotów przemierzających podniebne szlaki. Wkrótce okaże się, że będzie to przyczyną poważnego kryzysu tego producenta samolotów.
Wracając do poniedziałkowej rzeczywistości zacząłem od szybkiego śniadania i rozejrzenia się po najbliższym otoczeniu hotelu. Był chłodny poranek i coraz bardziej uzmysławiałem sobie jak doskonałym wyborem na ubranie była bluza, którą ostatnio otrzymałem w prezencie od mojej Ukochanej. Bluza z dużą zapinaną kieszenią z przodu, jak u kangura 😉 Tam przechowywałem strategiczne dokumenty, portfel i kluczyki od samochodu mając świadomość, że zgubienie czegokolwiek z tego zestawu może skomplikować okropnie mój pobyt w Melbourne. Po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw postanowiłem ruszyć samochodem w kierunku centrum, a potem dalej w stronę słynnej Great Ocean Road. Przejazd w poniedziałek rano do centrum nie był łatwy gdyż
poranne korki już były zauważalne. Postanowiłem jednak zebrać pierwsze wrażenia z wielkiego miasta a dalej wydostać się z niego i oddać się całkowicie temu co los napisze. Gdzie dojadę tam dojadę, co zobaczę to zobaczę.
Samochód zaczynał mi się coraz bardziej podobać. Wygodny, z fajnym systemem audio, aczkolwiek cały czas nie mogłem przyzwyczaić się do położenia dźwigni migaczy i dźwigni uruchamiania wycieraczek przedniej szyby. Pierwsza dźwignia znajdowała się po prawej stronie, a ja – europejski egzemplarz – za każdym razem niemal przy sygnalizowaniu zmiany pasa lub kierunku jazdy pyk – i wycieraczki w ruch. Pal sześć wycieraczki ale bałem się, że komuś za późno dam znać o zamiarze zmiany pasa i będzie „bums”. Na szczęście jak później się okazało i tu anioły stróże miały nade mną czuwać .
Tak więc jak wcześniej wspomniałem podążyłem w stronę Geelong i potem zgodnie z drogowskazami kierującymi w stronę Great Ocean Road. Autostrada do Geelon szeroka, 3 pasmowa pozwoliła przyspieszyć choć muszę przyznać, że nigdzie w Australii nie spotkałem żadnych drogowych piratów.
Jeśli na autostradzie dozwolona prędkość 120 km/h to naprawdę 95 % kierowców jechało z taką prędkością ( niewielu może 130). Policji nie widać było zbytnio ale za to system kamer przemysłowych nadzorujących publiczne strefy w miastach i trochę kamer wzdłuż dróg przywoływały do porządku. Kultura kierowców – bardzo wysoka. Żadnych agresywnych zachowań, trąbienia klaksonem czy jakichś niedwuznacznych gestów. Naprawdę można się było czuć bezpiecznie. Opisy znaków drogowych i różne dodatkowe informacje ostrzegawcze bardzo przystępnie podpowiadały na co należy być przygotowanym. Sieć stacji benzynowych wystarczająco gęsta aby ze spokojem (przynajmniej w ciągu dnia) poruszać się bez nerwowego oglądania wskaźnika poziomu paliwa.
Po drodze kupiłem jeszcze mapę stanu Victoria i poczułem, że nawet gdyby sieć internetowa padła nie zgubię się kompletnie.
Trasa do 12-tu Apostołów w Port Campbell była przerywana licznymi postojami celem nagrania krótkich impresji z różnych miejsc po drodze. Widziałem chyba mekkę w tym rejonie dla surfingowców – miejscowość Lorne- z narodowym centrum surfingu i całym kompleksem sklepów, moteli i wszystkiego czego dusza entuzjasty tej dyscypliny sportowej zapragnie.
Podziwiałem piękne widoki plaż, pejzaży nadmorskich a w zasadzie nadoceanicznych
Dotarłem do parku krajobrazowego Otoway.
Wieczorem postanowiłem zrobić odpowiedni zakup dotyczący adaptera do wtyczki przejściowej aby móc w końcu podładowywać baterie korzystając z gniazdka elektrycznego a nie tylko portów UBS. Na stacji benzynowej nie było ale dowiedziałem się gdzie, że niedaleko w sklepie wielkości naszego Carrefoura mogło by być. Niestety stamtąd odesłano mnie do dużego centrum handlowego, które co bardzo mnie zaskoczyło – pomimo święta państwowego w stanie Victoria + późnej pory wieczornej – nadal było otwarte. Wreszcie znalazłem sklep kMart i za całe 5 AUD dostałem niezbędny element.
Kilka dni później na poczcie w Preston zauważyłem podobny element za całe 20 AUD. Tak więc poczta australijska wie jak zarabiać kaskę….;)
12.03 Wtorek
Pobudka, standardowa procedura ze śniadaniem na czele i tym razem kierunek wyspa Philip Island.
Nie wiedziałem co tam jest ale skoro Michał tam już jechał to nie wypadało się nie skierować tam, tym bardziej że ponoć czekały tam tabuny kangurów, nieliczne misie Koala i inne egzotyczne dla mnie zwierzątka. A do tego nitka asfaltu tworząca zamkniętą linię, po której w zgodzie z określonymi przepisami można było poczuć wiatr we włosach, a raczej adrenalinę….;)
Pierwsza wizyta – mini zoo – oglądanie misi Koala, słodko wyglądających brutali, które w walce o byt mogą być całkiem bezwzględne i wręcz groźne.
Potem czarne kangurki i próba ich dokarmiania otrzymanym przy wejściu pokarmem w małejtorebeczce
Dalej otwarta wielka przestrzeń z gołymi pniami i gałęziami drzew wysuszonych australijskim słońcem, którego w ostatnich miesiącach było olbrzymie ilości.
Pogoda była bardzo zmienna. Głównie silny wiatr a od czasu do czasu delikatnie nawet pokropił deszcz. Z okolicy dobiegał do mych uszu dźwięk koników podrywanych przy wyjściu z każdego zakrętu albowiem nie dalej jak 5 km od zoo znajdował się tor Philip Island Grand Prix Circuit. Nie zdawałemsobie wcześniej sprawy jak pięknie można tuż przy oceanie umieścić tor po którym najlepsi zawodnicy (głównie motocykliści ale nie tylko) mogą wykazać się swoimi umiejętnościami. Widziałem we wnętrzu muzeum toru piękne zdjęcie, na którym pokazano widok z prostej startowej kierowcy gdzie zza wierzchołka górki wyłania się błękitny ocean…. Obłęd.
Niewiele torów wyścigowych w życiu widziałem, ale jestem przekonany prze Philip Island to jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie gdzie można upalać opony i czuć adrenalinę za kierownicą bolidu lub motocykla.
Tego dnia na głównym torze pędziły motocykle w ramach jakiejś imprezy zamkniętej. Nie znam więcej szczegółów ponieważ dostęp do głównego biura toru był niemożliwy. Na bramie wjazdowej od razu skierowano mnie do następnej bramy ok. 500 m dalej gdzie można było zobaczyć muzeum toru, a w razie przypływu emocji pośmigać na torze kartingowym.
Będąc tam oczywiście postanowiłem zrobić kilka zdjęć z flagami, a przy okazji pomogli mi w tym rodacy mieszkający obecnie w Szwajcarii, którzy zwiedzając Australię na motorach również postanowili odwiedzić to przepiękne miejsce.
Czego nie wiedziałem to to, że próby nasze zarejestrowały kamery nadzorujące tor i jego okolice. Kiedy więc postanowiłem skorzystać z oferty, zalogowałem się w systemie toru Philip Island i podążyłem 150 m od muzeum aby zajrzeć na tor kartingowy okazało się, że skądś już mnie tam znają ;). Ale spokojnie – nie miałem żadnych kłopotów, a jedynie przyznanie, że gdzieś na monitorach jakiś kibic Roberta Kubicy został tego dnia zarejestrowany. Na torze kartingowym nagle zrobiło się dość pusto. Zgodnie z procedurami zaproszono mnie do salki, w której dobrano mi kask, a do szafki powędrowały wszystkie zbędne elementy, które na pokładzie gokarta nie powinny się znajdować.
Potem w kolejnej salce przedstawiono film instruktażowy pokazujący co wolno, a czego nie gdy już zasiądziemy za sterem tego małego bolidu. A potem na tor, którego kształt dokładnie odpowiada kształtowi toru głównego tylko w pewnej skali. Tak się złożyło, że na torze pojawiłem się samodzielnie, bez jakichkolwiek innych uczestników. Krótka instrukcja na koniec brzmiała – „rozgrzej na początek opony” i w drogę !!!
Moje dotychczasowe doświadczenia z torów kartingowych nie są zbyt bogate ale tu i teraz serce biło mocniej a radość malowała się niechybnie na twarzy schowanej pod założonym na głowę kaskiem. W trakcie 10 wykonanych okrążeni cały czas walczyłem z ciasnym prawym nawrotem (180 °), na którym 3-krotnie zaliczyłem pirueta. Poza tym ciąłem zakręty przy wierzchołkach i dawałem z siebie wszystko. Na prostej startowej pełen but i słychać było jak silnik zaczyna przerywać. Te 10 okrążeń minęło mi jak kilka sekund bo to zawsze jest inny bajkowy świat dla mnie, gdy nic innego się nie liczy tylko szybkość i optymalny balans w zakrętach. No cóż – wyniki nie były oszałamiające choć na wydruku pokazano mi Pos. 1 Ale nie ma znaczenia, że ktoś tego dnia był 3 sek. na 750 m szybszy ode mnie. Liczył się fakt, że pojechałem i przeżyłem niezapomniane emocje .
Po wyrównaniu pulsu i ogarnięciu rzeczywistości nastąpił punkt programu polegający na nasyceniu oczu widokami, których na co dzień nie mam i mieć nie będę. W drodze do przylądka …….. nagle zauważyłem wieżę z obracającym się dużym kołem – widok znany z filmów kowbojskich. Skręciłem więc w praw aby zrobić pamiątkowe zdjęcie. Ale intuicja i ciekawość spowodowały, że pojechałem prostą jak napięta struna drogą dalej przed siebie, pod górę, za wierzchołkiem której był już niemal tylko ocean. Dotarłem na plaże Berrys Beach gdzie postanowiłem uwiecznić obraz wybrzeża oceanu, pobliskiej natury oraz mojej najbliższej sercu flagi.
Dalej droga powidła mnie na sam wschodni koniuszek wyspy – The Bobbles Beach. Początkowo zrobiłem mały rekonesans aby sprawdzić jaki pejzaż i warunki ale wiatr dął jak należało się w takim miejscu spodziewać zatem wróciłem do samochodu i wyposażony w wędkę oraz flagę zrobiłem kolejną sesję filmowo-zdjęciową.
Było już ok. 17:00 zatem czas nadchodził na mały lunch oraz kontakt ze światem w postaci punkt z WiFi. Skierowałem się do Cowes gdzie po małym spacerze i odwiedzeniu krótkiego molo dotarłem do małego baru, w którym zarówno dorwałem hamburgera, ale również sieć łączącą mnie z najbliższymi. Dalej podążałem już w drogę powrotną do Melbourne. Tym razem zamiast obwodnicą do hotelu celowo jechałem prosto do centrum aby znaleźć się jak najbliżej a najlepiej na samym torze w Albert Park. Oczywiście ta druga wersja była mrzonką i fantazją ale czy gdyby nie mieć marzeń znalazłbym się w ub. tygodniu w takim miejscu ? Czy gdyby nie pasja i determinacja mógłbym dziś pisać wspomnienia z pobytu (krótkiego ale cóż tam!) w krainie kangurów podczas powrotu Roberta Kubicy do F1 ?. Zawsze będę powtarzał, że z życia trzeba korzystać i tą filozofią życiową staram się podążać w miarę napływu liczby wiosen na karku. To również dlatego piszę ten pamiętnik aby tym, którzy chcieliby a nie mogli przybliżyć moje wspomnienia.
Wracając do obserwacji z podróży – okrążywszy tor Albert Park z najbliższej możliwej odległości zaparkowałem samochód i postanowiłem z bliska zajrzeć do środka pętli toru. Byłem jednak w tym najbardziej niepoprawnym optymistą. Porządkowi od razu zauważyli jakiegoś nieprofesjonalnie ubranego robotnika, nieelegancko ubranego przedstawiciela Libert Media i zupełnie nie wiekowego uczestnika mającej się wkrótce rozpocząć rywalizacji na torze. Nie wiedzieli, że za kilkadziesiąt godzin będę jednym z najlepiej bawiących się w okolicach toru kibicem. Kibicem Roberta Kubicy, kibicem z Polski, kibicem któremu na ten wypad do Australii ułożyły się pozytywnie wszystkie gwiazdy i które prowadziły szczęśliwą drogą niezależnie czy „z buta”, czy środkami publicznego transportu czy samochodem. Ale nie uprzedzajmy faktów…..
Po tym krótkim rekonesansie postanowiłem wrócić do hotelu aby zebrać siły i ogarnąć wszystkie wrażenia doznane na terytorium Australii w ciągu zaledwie 2 dni. Dość powiedzieć, że zrobiłem w tym czasie ok. 1000 km, wykonałem setki zdjęć i kilkadziesiąt filmów. Wróciłem zadowolony, że zrobiłem wszystko co mogłem aby poznać choć trochę Australię. W pokoju hotelowym czekało jeszcze jedno piwko o jakże znamiennej nazwie „Kosciuszko” Tak – w Australii takie piwko można kupić w wielu marketach Smak – całkiem, całkiem ale skłamałbym gdybym miał w euforii narodowej pisać, że nigdy nie piłem lepszego…..
Nie ukrywam, że wieczorami kilkakrotnie próbowałem wrzucić coś ze zdjęć na bloga Mateusza ale disqus odrzucał mi zawartość i skutecznie odstraszał od dalszych prób.
13.03 Środa
Rano po śniadaniu mam zamiar wreszcie zaopatrzyć się w kartę telefoniczną od australijskiego operatora. Kupuję na niedaleko położonej poczcie odpowiednią kartę, próby zarejestrowania nie udają się. Urzędnik poczty sugeruje abym zadzwonił pod wskazany numer i wyjaśnił dlaczego mój numer paszportu nie jest akceptowany w systemie. Dowiaduję się od niego, że muszę pojawić się w jakimś najbliższym punkcie operatora. Recepcjonistka hotelu mylnie informuje mnie, że biuro takie jest 5 min. spaceru od hotelu, w którym mieszkam. Idę pieszo 20 minut naprawdę szybkim tempem choć na parkingu zostawiam wypożyczony samochód. W punkcie do którego dotarłem dowiaduję się, że oni są tylko pośrednikiem, a biuro operatora to kolejne „5 minut spacerem” od miejsca, w którym się aktualnie znajduję. Klnę pod nosem i przestrzegam moich współ- Kubicofanów aby nigdy nie wierzyli skośnookiemu pracownikowi recepcji w hotelu w Australii, że coś jest „5 min walk from here”…. Po ok. 1,5 godz. „spacerowania” takiego, że nogi z d…. chcą mi wyskoczyć mam zarejestrowaną kartę telefoniczną, zrobioną rozgrzewkę fizyczną o ok. 1,5 godz. na dotarcie z Preston do centrum Melbourne gdzie o godz. 13:00 rozpoczyna się spotkanie kierowców Williamsa z kibicami !!!
Odświeżam się aby nie zarezerwować wyłącznie dla siebie przestrzeni na spotkaniu z kibicami. Dalej wskakuję w samochód i prosto do centrum Spencer outlet. Im bliżej tym gorzej – korki, objazdy…
Wjeżdżam na parking w Spencer outlet o 12:40. Zabieram flagę i jej „drzewiec” i pędzę do wnętrza budynku kierowany również instrukcjami przesyłanymi przez nieocenionego Michała. Wpadam na odpowiedni poziom i widzę, ze kolejka liczy pewnie z 40 osób. Michał przesyła zachętę: „wskakuj do ans naprzód. Przemycimy Cię.” Ok. – bezczelnie idę na przód kolejki informując, że tam czekają na mnie znajomi koledzy. Okazało się, że są tam już nie tylko nowi dla mnie Kubicofani ale również tacy, których znam z GP Austrii 2018 .Gdy już zostałem zaakceptowany przez innych współkolejkowiczów wyszedłem z kolejki i na boku przygotowałem flagę na wędce. Sięgała powyżej sufitu ale w środku sufitu było dodatkowe wycięcie i jeszcze wyższa przestrzeń. To była właśnie przestrzeń dla mojego Kubicowania w Spencer Outlet tego dnia. Wylądowałem przed parą z Didcot,
którzy zdradzili mi, że brzydszy przedstawiciel tego sympatycznego małżeństwa założył się z kimś o to, że Robert….. nigdy nie wróci do F1. Co za spec od siedmiu boleści. Nie wiem dlaczego ale skojarzyło mi się z napisem na dźwigni uruchamianej po wykonaniu pewnej czynności „spec”…….
Przed przybyciem Roberta i Georga zauważyłem, że niejako poza kolejką ale jednak wśród oczekujących są autorzy książki „Niezniszczalny”. Pozwoliłem sobie na wyrażenie słów uznania dla wykonanego dzieła i poprosiłem o autografy. Nie spodziewałem się, że od pani Aldony uzyskam taką miłą dedykację.
Gdy autografy obydwu autorów zostały złożone na moim egzemplarzu po kilku minutach oczekiwania pojawili się bohaterowie – Robert Kubica i George Russell. Najpierw przemieszczając się ku stanowisku bohaterów dotarłem do Georga, który wprost zapytał: jak długo będzie musiał czekać na taką flagę z napisem jego imienia i nazwiska ? Odpowiedziałem, że musi nad tym popracować i po otrzymaniu autografu Georga przesunąłem się w kierunku Roberta. Uzyskałem co chciałem i zahipnotyzowany odsunąłem się nie chcąc blokować innych. Po chwili poczułem, że czuję się niespełniony. Poprosiłem Michała aby zrobił mi zdjęcia moim telefonem komórkowym, a następnie obchodząc dookoła miejsce zajmowane przez kierowców dotarłem do Roberta prosząc o wspólne zdjęcie. Michał zrobił pierwsze zdjęcie chyba na rozgrzewkę. Wrócę do niego później
Miałem przyjemność zrobić sobie zdjęcie z Robertem, miałem okazję uścisnąć sobie dłoń, miałem okazję podziękować Robertowi za to co zrobił aby powrócić. W tym momencie czułem się zadowolony z tego, że dzień cały podporządkowywałem temu spotkaniu w Spencer Outlet A przecież za chwilę miał nastąpić CDN
Chwila jeszcze na wspólne zdjęcie z flagą i autorami „Niezniszczalnego”, chwila na ogarnięcie emocji i dalej na Federation Square gdzie od 15:30 zaczynała się impra pod nazwą „Otwarcie sezonu F1”.
Zanim tam dotarłem fortuna pokazała mi swoje cztery litery. Najpierw nie mogłem odnaleźć biletu pobranego przy wjeździe na parking w Spencer Outlet. Ok. Zaakceptowałem pełen koszt i opuściłem szczęśliwy ten wielopoziomowy gąszcz miejsc parkingowych. Ale w drodze do Federation Square na jednym ze skrzyżowań myślałem, że poprzedzający mnie kierowca ma więcej przestrzeni na lewym pasie i gdy zaświeci się czerwone światło znajdzie się miejsce za skrzyżowaniem również dla „mojego” Holdena . Nic z tego! Zostałem jak d.. w trokach blokując nadjeżdżających z mojej lewej strony, I wtedy wypatrzyłem podróżującą na rowerze młodą aspirantkę Meryl, która odstawiwszy swój pojazd
wtargnęła na jezdnie i zdecydowanymi ruchami swoich rączek dała jednoznacznie do zrozumienia, których uczestników ruchu zaprasza na małą pogawędkę. Światła awaryjne w ruch, dokumenty z kieszeni w bluzie „kangura”, świeżutkie międzynarodowe prawo jazdy zaprezentowane australijskiej strażniczce reguł i przepisów i moje pytanie: „czy będzie bardzo bolało ?” Meryl odrzekła, że nie wie…… ale wiadomość zostanie przekazana do miejsca mojego „zakwaterowania” czyli Break Free hotel. Cóż – jak podróżować to poznawać kraj od podszewki choć czy aż tak dogłębnie….? Uwolniony ze szponów strażniczki australijskiej policji drogowej odstawiłem mój pojazd na kolejnym parkingu (strasznie cenne doświadczenia, dobrze że na następne dni zamierzałem korzystać z transportu publicznego) i podążyłem dziarsko na wycelowany w mojej komórce Federation Square. Gdy tam dotarłem przestrzeń między sceną, a trybuną dla dziennikarzy była wypełniona fanami F1. Był wśród nich Michał ze swoją flagą z czarnym napisem Robert Kubica. Na boku przygotowałem mój „szyld” i postanowiłem zakotwiczyć lekko po lewej stronie tuż przed trybuną dla dziennikarzy. Kamery
wycelowane w główną scenę miały swobodny widok ale moje serce czuło się dumnie, gdyż największe flagi widoczne podczas całego otwarcia sezonu F1 2019 były flagami dla Roberta
Poczucie sprawiedliwości losu zaczęło napełniać mnie coraz mocniej. Resztę widzieliście chyba w TV albo na blogach… Zrobiliśmy na tym placu wstęp do gorącego weekendu i cieszę się, że było to widoczne. Zwłaszcza flaga Michała znalazła się w kadrze kilkakrotnie i wyraźnie pokazywała, kto i dlaczego tym razem będzie w centrum uwagi . Nieskromnie dodam, że z kamery na helikopterze też widać było co będzie się święcić w ten weekend. Właśnie w TEN weekend . Ze swej strony myślę, że było ładnie, kolorowo i godnie. A po zakończeniu tego iwentu zgodnie ze staroświecką tradycją podążyliśmy „ na jednego”. Michał, Mateusz i Łukasz (bracia z Krakowa) oraz ja zamieszaliśmy w jednym z pobliskich pubów i trzeba przyznać, że znalezienie wolnego stolika dla zaledwie 4-ech Kubicofanów nie było prostym zadaniem
Wieczorem wróciłem do hotelu i wiedziałem, że nic innego już mnie w Melbourne nie interesuje. Jeśli los sprawi, że w poniedziałek rano będę w dobrej formie – wtedy jeszcze będzie czas na poznanie tego pięknego miasta. Ale nic na siłę. Jak to mój dawny kolega w takich sytuacjach mawiał : „Jakby co tam no to niech tam…..”.
14.03 Czwartek
Rano postanowiłem, że nauczony doświadczeniami z dnia poprzedniego zostawiam samochód przy najbliższej stacji kolei podmiejskiej (Bell station) i dalej jadę środkami komunikacji publicznej. Po 20 minutach jazdy pociągiem, korzystając z karty myKey (50 AUD za 5 dni) dojechałem na stację Southern station ale widząc mój ekwipunek porządkowi od razu zasugerowali abym tym samym pociągiem podjechał do następnej stacji, a dalej przesiadł się w podstawione tramwaje, dzięki którym można było się dostać do gate No 1 and 2 Na przystanku tramwajowym wyparzył moją mini-flagę Zbyszek z Hobart i zagadał czy mówię po polsku. Okazało się, ze spotkałem fana motorpsortu, ok. 40- 50 letniego urodzonego w Australii syna polskich emigrantów. Był w naszym kraju kilkakrotnie ale ja byłem pod olbrzymim wrażeniem jak ten człowiek nauczony został pięknego języka polskiego mieszkając od urodzenia na obczyźnie !!! Zbyszek poświęcił swój czas i pierwsze 3 godziny na torze, po którym mnie oprowadził, a jednocześnie wspomagał ochronę wnoszonych przeze mnie wędek, a przede wszystkim banera z podziękowaniem dla dr Rossello. Wszystko udało się znakomicie i tuż po wkroczeniu na teren toru w Albert Park na mobilnym maszcie zawisła, a raczej rozpostarta została flaga. Jedno z pierwszych zdjęć zrobione przy ok, 1,5 m wysokości literach AUS GP oznaczać miało rozpoczęcie jakże ważnego dla nas wszystkich sezonu.
Potem nastąpiło wiele innych zdjęć gdyż teren i ilość atrakcji przygotowanych na GP Australii byłyzacne, a z drugiej strony…. ta flaga się chyba spodobała. Po pewnej chwili maszerowania dotarliśmy do bramy, a którą znajdował się Paddock i motorhome’y zespołów F1. Tuż przy bramie było biuro FIA ale już następny motorhme należał do Williamsa. Wśród spotkanych tam Kubicofanów czuło się narastające oczekiwanie na spotkanie z naszym Bohaterem. I rzeczywiście – nie trwało to nazbyt długo – pojawił się Robert.
W trakcie tego krótkiego spotkania zdobyłem autograf na bilecie ale samo spotkanie było dość krótkie. Cóż, są inne ważne zobowiązania i trzeba to uszanować. Wkrótce dzięki posiadanemu przez Zbyszka biletowi udało mi się na chwilę zawitać na podest nad główną trybuną. Ten widok mógł być wart dużych pieniędzy.
Jednak ponieważ mój budżet opiewał na trochę bardziej dostępne wartości wkrótce ze Zbyszkiem się rozstaliśmy i po kolejnym zapoznaniu Kubcofanów z New York, Auckland oraz Krakowa zdecydowałem się rozgościć na trybunie Fangio. W narożniku po stronie północnej zawisła wkrótce flaga, potem druga mini-sektrówka, a na dole baner dla dr. Rosello.
Pojawił się z Krakowa również kolejny Kubicofan – który przywiózł następną flagę z podobizną Roberta. Z Darkiem i Jackiem z Nowego Jorku zawiązaliśmy znajomość, która co jakiś czas była orzeźwiana kolejnym Heńkiem 😉
W pewnym momencie postanowiliśmy odmeldować się z trybuny i zajrzeć za kulisy przy okazji podgryzając co nieco. Po powrocie na trybunę Fangio niestety stwierdziliśmy brak wcześniej rozwieszonego baneru. Zapytałem stewarda przemieszczającego się wzdłuż prostej startowej w niebieskiej kamizelce „o co kaman”, a on mi na to, że baner nie zawierał czytelnych dla organizatora słów w j. angielskim i dlatego postanowiono go zdjąć. Na moje stanowcze żądanie usłyszałem w odpowiedzi, że jeśli poczekam tu przez ok. 20 min ro przedstawiciel Security Service pojawi się i zwróci mi nienaruszony i nie zniszczony baner. I rzeczywiście – po ok. 15 min pojawił się na trybunie gość z naszym banerem, zwrócił mi go, poinformował że sprawdzono jego treść i wszystko jest jasne. Zapytał też czy mam zamiar przynosić ten baner w kolejnych dniach. Odpowiedź moja była oczywista ale przedstawiciel Security Service poinformował, że nie ma problemu i możemy baner dalej wieszać tam gdzie jest to dozwolone wokół toru. Facet nie potrzebował żadnych dodatkowych wytłumaczeń, jakby znał całą historię na pamięć od wielu lat.
Ok. godz. 18:00 musiałem ewakuować się z toru, gdyż czekało mnie jeszcze podróżowanie do Tullamarine Airport Melbourne aby oddać samochód wypożyczony tuż po dotarciu w ten zakątek. Do hotelu dotarłem po kombinowanej podróży tramwajem + pociągiem + samochodem z Bell station.
Opróżniłem samochód z pozostałości po moich podróżach i skierowałem się na lotnisko. Trwać to mogło ok. 25 min gdy dotarłem na skądś znany mi wcześniej parking firmy Europcar. Jakiś człowiek odebrał ode mnie kluczyki, spisał coś z deski rozdzielczej i poinformował, że końcowy raport otrzymam na maila. Tak potraktowany podążyłem do holu głównego lotniska gdzie dowiedziałem się, że nie ma połączenia środkami transportu publicznego z centrum Melbourne. Dostępna opcja to Skybus, który dowozi pasażerów do Sothern Station i taką też opcję wybrałem za jedyne 18,00 AUD. Po ok. 30 min, przesiadałem się na pociąg do Bell station w Preston, a stamtąd 15 min dość żywego spaceru do hotelu. Ze względu na udział w pewnej procedurze przetargowej musiałem jeszcze wykonać pewne prace przygotowawcze ale na szczęście nie trwało to długo.
Miałem tego dnia wiele wrażeń dlatego padłem jak kawka, nawet niekoniecznie sprawdzając neta i to co mnie ominęło gdy w pełni oddałem się przyjemności Kubicowania.
15.03 Piątek
W hotelu pobudka ok. 8:00. Nie chciało mi się wcześniej wstawać choć czułem, że dotarcie na tor w Albert Park może zająć sporo czasu. Tym razem pojechałem pociągiem i dalej tramwajem od strony St. Klida co powoduje, że aby dotrzeć do trybun przy prostej startowej trzeb przejść na drugą stronę jeziorka leżącego w samym centrum toru samochodowego.
Ok. zrobiłem spacer i przy okazji trochę zdjęć i filmów. Jednak na torze byłem dopiero ok. 11:30.
Wcześniej poznani koledzy z Nowego Jorku dołączyli do mnie na trybunie Fangio. W narożniku zastała zamontowana moja flaga , a przymocowaną do drugiej wędki flagę – tzw. mni-sektorówkę trzymałem w ręku traktując ją jak oznaczenie dla spotkania z Kibicami. W pewnym momencie pojawił się również kolega z Krakowa, który do zestawu dorzucił kolejną flagę z podobizną Roberta. Wkrótce rozpoczęły się oficjalne treningi. Robert co jakiś czas przemykał pod trybuna Fangio, na której dumnie powiewały trzy flagi jemu poświęcone.
Tym razem nie było żadnych niedomówień co do treści banera. Został on przymocowany do barierki dolnej tuż naprzeciwko boksu Ferrari, tak aby włoskojęzyczna część personelu F1 mogła zobaczyć nasze podziękowanie dla dr Rossello.
Po wydarzeniach na torze postanowiliśmy z kilkoma Kibicofanami podążyć do centrum Melbourne i tam uczcić dobry początek wyścigowego weekendu. Trafiliśmy do całkiem fajnej restauracji, w której zamówiliśmy klika szt. pizzy i oczywiście trunki niezbędne dla podtrzymania wesołego nastroju. Na ścianie restauracji postanowiliśmy powiesić flagę i podobiznę Roberta, co by nas nie pomylili z jakimś lokalnym klubem kibiców rugby.
Nie wiem, o której zakończyliśmy biesiadę ale było to w sam raz aby podejść na plac Parliment, skąd miałem autobusem dotrzeć do Bell station. Od piątkowego popołudnia na trasie kolejowej do Bell prowadzone były jakieś prace remontowe i wprowadzono komunikację zastępczą co niestety wydłużyło czas podróży z i do centrum Melbourne. Po powrocie do hotelowego pokoju byłem baaardzo zmęczony. Plan był taki aby następnego dnia wcześnie wstać i nawet pominąwszy śniadanie dotrzeć na tor ok. 9:00 jak zasugerował Marek z Chicago i tam ponownie dopaść Roberta i zebrać autografy. Ponadto mieliśmy zaproszenie na wspólne świętowanie 50-tki drugiego Marka z Chicago.
A zatem plany były na bogato.
16.03 Sobota
Sobota zaczęła się z opóźnieniem – nie byłem skłonny do katowania się i wstawania przed godz. 8:00.
Uzmysłowiłem sobie, że plan porannego dotarcia na tor musi być zweryfikowany. Tym razem ze spokojem skorzystałem z hotelowego śniadania i po spakowaniu niezbędnego wyposażenia udałem się w podróż do centrum Melbourne. Poranek nie wydawał się zbyt gorący ale wszelkie prognozy na weekend raczej potwierdzały nadejście cieplejszej pogody. Tak więc kapelusz i krem z filtrem 50 wraz z okularami przeciwsłonecznymi stanowiły niezbędnik kibica F1. Podróż do Albert Park zajęła mi ponad 2 godz. Tym razem ponownie od strony gate 2 dotarłem do
obrzeży toru i spotkałem się z Michałem oraz braćmi Mateuszem i Łukaszem. Zrobiłem jeszcze niezbędne zakupy w sklepie spożywczym i podążyliśmy do bramki aby wreszcie znaleźć się wśród pozostałych kibiców mających w tym dniu ochotę obejrzeć najlepszych kierowców w najszybszych maszynach.
Po dotarciu na trybunę Brabham szybko rozwiesiłem obydwie flagi oraz baner. Doświadczenia z poprzednich dni na torze zaczynały przynosić efekty w postaci bardzo sprawnego organizowania scenografii przygotowanej dla wspieranego Rodaka.
Na przeciwległej trybunie Jones, gdzie miałem się pojawić w dniu wyścigu w sobotę też było widać polskie flagi. Nasi byli wszędzie i ten widok dodawał otuchy po piątkowych treningach, w trakcie których obydwa Williamsy zajmowały ostatnie miejsca w tabeli uzyskanych czasów okrążeń.
Tuż nad moim miejscem na trybunie Brabham siedziała rodzinka złożona ze starszej pani, matki dwóch synów oraz żony jednego z nich – Stuarta. Stuart nie był malutki a tym bardziej nie był skryty.
Tego dnia bowiem obchodził swoje 40-te urodziny i cały pomysł uczestniczenia w GP Australii był efektem otrzymania biletów jako prezentu, ufundowanych przez wspomnianą wcześniej starszą panią. Moje intensywne przygotowania oprawy wzbudziły na tyle zainteresowanie całej czwórki, że nawiązaliśmy później sympatyczną rozmowę i wkrótce okazało się, że starsza pani jest córką polskich emigrantów, których nazwisko rodzinne to Wołkowski. Z jakichś względów niestety starsza pani nie posługiwała się językiem ojczystym swych rodziców i konwersacja przebiegała w j. ang. . W pewnym momencie sobotniego przedpołudniowego kibicowania na trybunie Brabham zabrzmiało gromkie „Happy birthday to you”, a Stuart mógł tylko z wielkim uśmiechem uświadamiać sobie jaki tłum tego dnia życzliwie życzy mu wszystkiego najlepszego.
Rano gdy wcześniej poznani Darek i Jacek z Nowego Jorku zauważyli moja flagę na trybunie niedługo potem spotkaliśmy się na trybunie Brabham. Wjechali tam z tradycyjną buteleczką zawierającą rozcieńczona w spricie whisky Jasia Wędrowniczka. I sycąc się takimi środkami dopingującymi wkrótce rozpoczęliśmy obserwowanie poczynań kierowców F1 w ostatniej sesji treningowej, a potem podczas kwalifikacji. Wyniki były przerażające i niestety potwierdzały kryzys w jakim znalazł się cały zespół Williamsa. Oglądanie tego przypominało katusze i w zasadzie nie dawało żądnych nadziei na dobry wynik podczas niedzielnego wyścigu. Na dodatek w trakcie kwalifikacji Robert przy wjeździe do boksu otarł się dynamicznie o murek na zewnętrznej skrętu do boksów. Wyłapały to kamery oczywiście i pojawił się kolejny wątek do spekulacji. Wina kierowcy czy samochodu ? Mercedesy wydawały się kontrolować przebieg rywalizacji. Dwa pierwsze miejsca zajęte przez Hamiltona i Bottasa sugerowały, że nic nie zmieniło się w rankingu najlepszych zespołów F1. Oczywiście dla miejscowych kibiców najważniejszą postacią na i poza torem był Daniel Ricciardo. Poza torem udzielał się intensywnie i był jak zwykle szeroko uśmiechnięty. Na torze sytuacja nie wyglądała już tak wesoło. Kanarkowe Renault odstawały od ścisłej czołówki 3-ech najlepszych zespołów i to powodowało rozczarowanie słyszane w komentarzach miejscowych kibiców.
W przerwie pomiędzy sesją treningową a sesją kwalifikacyjna pod niebem Melbourne zaczął popisywać się pilot pewnego myśliwca. Robił bardzo duuużo hałasu ale jeszcze bardziej imponował opanowaniem maszyny, która co chwilę nad naszymi głowami wyczyniała różne, różniste figury.
Po zakończeniu kwalifikacji zebraliśmy się w Heineken Village gdzie wraz z Marcinem i jego żona Elą oraz ich synem Arturem podtrzymywaliśmy wesoły klimat gawędząc o różnych tematach nie tylko związanych z F1. Dołączył do nas również niezastąpiony Łukasz, który jak zawsze robił całe serie zdjęć, szczególnie gdy pod wpływem słońca, płynów wspomagających a przede wszystkim świetnej
atmosfery zaczęliśmy taniec z dwiema flagami na wędkach. Początkowo zrobiliśmy przejście w rytm płynącej ze sceny muzyki z jednej strony tłumu na drugą. Jednak ochroniarze zwrócili nam uwagę, że zasłaniamy widoczność, że coś się może wydarzyć gdyby wędka któraś „poległa” i w ten sposób zasugerowano abyśmy nie przesadzili z tym Kubicowaniem. Spotkanie ze stróżami porządku zakończyło się polubownie, a my dalej prowadziliśmy aktywne kibicowanie lekko na boku
zgromadzonej publiczności. Na scenie różni wykonawcy prezentowali bardzo melodyjne przeboje z wcześniejszych lat i nastrój uczestników tej zabawy był coraz weselszy. W pewnym momencie bardzo intensywne machanie flagą zakończyło się złamaniem „nowej” wędki, na szczęście bez jakiegokolwiek narażenia zdrowia innych uczestników tej zabawy. Pozostało mieć nadzieję, że na niedzielę z dwóch wędek uda się skombinować jedną porządną.
Ok. 19:00 zdecydowalismy się grupą polskich Kubiców wybrać do centrum Melbourne gdzie w znanej z poprzedniego wieczoru restauracji mieliśmy uczcić 50-te urodziny Marka z Chicago. Po drodze niezastąpiony Łukasz zdołał zorganizować urodzinowy torcik ze świeczką i tak mogliśmy udać się na miejsce uroczystości. Wieczór minął bardzo szybko i niestety trzeba było ewakuować się na ostatni dostępny autobus z placu Parliment do Bell station. Do hotelu znowu trafiłem już po północy, bez najmniejszych szans na przeglądanie zrobionych tego dnia zdjęć lub filmów. Marzyłem naprawdę o przyłożeniu głowy do poduchy i szybkim zaśnięciu.
17.03 Niedziela
Pewnie każdy z nas indywidualnie postrzega cały ten okres ośmiu długich lat w F1 bez Roberta. Wydarzyło się w życiu każdego tyle różnych zdarzeń, że możnaby małą książeczkę o tym pisać. Ale najważniejsze dla mnie w niedzielę było to, że okres oczekiwania naprawdę się kończy i oficjalnie w wyścigu o Grand Prix Australii wystąpi za kilka godzin Robert Kubica. Wyścig miał się rozpocząć o godz. 16:00 czasu miejscowego tak aby europejskim kibicom F1 można było zaproponować pobudkę o poranku, a nie w środku nocy. Trzeba w związku z tym wiedzieć, że w końcowej fazie wyścigu słońce nad Melbourne schodzi już całkiem nisko i w niektórych wypadkach może to powodować trudności w obserwowaniu otoczenia.
Na tor znowu wyruszyłem dość późno – bliżej 9:30. Dojazd na tor znowu dość karkołomny ale znany od kilku dni. W autobusie ze stacji Bell już widać było sporo kibiców zmierzających na tor. Tym razem tramwajem podjechałem od strony bramki nr 5 i tamtędy wszedłem na teren okalający tor. Przejście przez ochronę tym razem napotkało na zainteresowanie banerem. Kobieta sprawdzająca mnie
postanowiła przywołać pracownika security aby ocenił czy z tym rulonem mogę wejść na tor. Poinformowałem, że w dniach minionych też wchodziłem na tor tak wyposażony i nie ma chyba podstaw aby mi to dziś zwłaszcza utrudniać. Pracownik security zapytał więc, którą bramą wcześniej dostawałem się na tor i dodał, że skoro przez gate 1 wchodziłem to on nie widzi problemu abym wszedł również przez gate 5. Umówiłem się z Marcinem i jego żoną Elą, że spotkamy się przy znanej już bramie, z której widać było Motorhome Williamsa. Dotarłem tam po 11:00 mając po drodze krótkie postoje na zrobienie zdjęć ze strzeliście patrzącymi ku niebu nad Melbourne wysokościowcami w tle. Marcin i Ela zmęczeniu już byli czekaniem, tym bardziej że nic pod tą bramą się spektakularnego tego poranka nie wydarzyło. Co wcale nie znaczyło, że wydarzyć się nie wydarzy 😉 Rozwinąłem flagę aby nie było wątpliwości, chwilę pogadaliśmy i nagle – jak spod ziemi – wyrósł zbliżający się wyraźnie ku nielicznej grupce kibiców Robert. Dostałem takiej typowej delirki, gdy ręce się trzęsą i nie wiadomo jak skoordynować ruchy aby wydobyć z plecaka zwykły długopis i dać do
podpisania Robertowi. Tym razem wyciągnąłem mój zeszyt Formuła 1 (rocznik 1977 ) i poprosiłem o podpis na ostatniej stronie. Marcin całą sytuację nagrywał a Ela skrzętnie zbierała autografy na wcześniej zakupionych czapeczkach Williamsa. W niedzielę przed wyścigiem nie spodziewałem się, że takie szczęście nas dopadnie choć obiektywnie przyznać trzeba, że do wyścigu pozostawało jeszcze ok 4-5 godzin. Zapytałem Roberta „Jak samopoczucie ?” myśląc, że może coś skomentuje na temat fatalnego wyniku w kwalifikacjach. Tymczasem Robert odpowiedział zdecydowanym głosem „Dobrze” i odniosłem wrażenie, że albo ma przygotowanego na dziś asa w rękawie albo po prostu zwyczajnie kontroluje bezwzględnie otaczającą go rzeczywistość w RWR. Spotkanie z Mistrzem nie
trwało długo ale i tak byliśmy wszyscy w niezwykle radosnych nastrojach. Po chwili zaczęliśmy przemieszczać się w stronę przypisanych nam na ten dzień trybun. Moja znajdowała się na końcu prostej startowej po lewej stronie patrząc od strony linii start meta – trybuna Jones. Gdy pojawiłem się w dosłownie ostatniej sekcji D zauważyłem, że na wcześniejszych sekcjach już powiewały dwie flagi. Rozbiłem swój „obóz” nie bez kłopotów. Flagi były zaakceptowane co do ich położenia bez żadnych wątpliwości i uwag napotkanych kibiców. Natomiast jakiś brodaty staruch miał uwagi co do pozycji baneru. Wielokrotnie upewniłem się czy z jego pozycji zajmowanej w najniżej położonym rzędzie ma pełną widoczność na wszystkie fragmenty toru i nie znalazłem żadnego powodu aby
jeszcze bardziej obniżać pozycję baneru. Potem na tej samej trybunie pojawił się jeszcze poznany w miniony czwartek Paweł z Krakowa i również wywiesił swoją flagę. Uratował mi także „życie” mini-reportera pożyczając power bank aby ożywić „zdechnięte” obydwa telefony komórkowe. Umówiliśmy się, że na swoim miejscu siedząc spokojnie nie mam się martwić o oddanie power banku bo i tak znajdzie mnie w tłumie bez problemu ;). Nie wiem czy wiedział jaki niecny plan mam w głowie na koniec wyścigu ale to nie był powód aby się zbędnie stresować.
Czas do nadchodzącego wyścigu wypełnił zarówno kolejny pokaz lotniczy czyli ekwilibrystyczne figury wykonywane przez myśliwiec australijskich sił powietrznych ale również pokaz ponoć największego wojskowego transportowca (ukraińskie „potwory” podobno są samolotami zarejestrowanymi jako firmowe i w kategorii wojskowych transportowców nie powinny być brane pod uwagę). Takie newsy sprzedawali mi spece w tej dziedzinie z Darkiem z Nowego Jorku na czele. Obydwaj koledzy z NY byli tego dnia na tej samej trybunie ale w innej sekcji. Nie było zatem nam dane zbyt wiele razem kibicować tym bardziej, że plan związany z opuszczaniem Melbourne był w ich przypadku bardzo napięty.
Nadeszła nagle chwila prezentacji kierowców którzy zamiast na platformie razem w grupie zaprezentować się kibicom pojawili się każdy w oddzielnym kabriolecie. Robert pozdrawiał kibiców zgromadzonych na trybunach jadąc czerwonym egzemplarzem. „Przypadek ? Nie sondzem ;)” Im bliżej godz. 16:00 tym emocje wewnętrzne coraz bardziej przybierały na sile. Ciarki pojawiły się na skórze pokrywającej moje łokcie na myśl, że ten moment za chwilę nastąpi. Słabo też zacząłem dostrzegać szczegóły widzianych obrazów ale przypuszczalnie oczy zrobiły się nieco wilgotne 😉 Spiker w pewnym momencie zapowiedział krótko powrót po 8 latach naszego Kierowcy do F1 i
poprosił publiczność o brawa za całokształt tego niezwykłego procesu. Szaleńczego aplauzu nie było jednak niektóre dłonie rzeczywiście rytmicznie spotykały się dając wyraz podziwu i uznania dla Roberta.
16:10 nadeszła, czerwone światła zgasły i sezon F1, najpiękniejszy dla polskich kibiców od wielu lat się rozpoczął Gdy cała chmara brzęczących bolidów przemknęła przez pierwszy zakręt toru w Albert Park z radością zauważyłem, że Robert pojawił się tutaj przed Jurkiem 😉 Niestety nie widziałem
dokładnie całego zajścia i tego co nastąpiło z bolidem Roberta po wyjściu z drugiego zakrętu. Nagle okazało się, że Robert zjechał do boksu ale dalej kontynuował jazdę – niestety na ostatniej pozycji. Potem na telebimie widać było, że Robertowi wjechał w skrzydło Gasly i chwilę potem cały przedni płat oderwał się od nosa bolidu. Miejscowa publiczność tuż po starcie krzyknęła głośne „Ouch !” gdy ich lokalny bohater Daniel Ricciardo zjechał prawymi kołami na trawę i nisko osadzonym przednim skrzydłem dotknął na tyle silnie jakiejś kępki trawy, że całe skrzydło odpadło i zmusiło zespół Renault do natychmiastowego zaproszenia swojego kierowcy do boksu. Przez chwilę Robert był na przedostatnim miejscu w stawce wyścigu jednak wkrótce Daniel odebrał mu tę pozycję i…. praktycznie emocje się niemal całkowicie zakończyły. Owszem – trzymałem kciuki za Valtteriego Bottasa i bardzo chciałem aby co najmniej przyjechał na metę przed zespołowym kolegą. Jak się później okazało chociaż to marzenie się spełniło tego dnia. Ok. okrążeni przed zakończeniem wyścigu postanowiłem powoli ewakuować się z trybuny Jones.
Zdemontowałem dwie powiewające w narożniku flagi oraz baner i zszedłszy po schodach na poziom zero postanowiłem cały ekwipunek połączyć w jedną całość. Na najdłuższej dostępnej wędce flaga „ROBERT KUBICA”, zaraz poniżej „Mini-Sektorówka”, a na dole dla przedłużenia wysokości całego zestawu zrolowany baner dla Dottore Rossello . Początkowo chciałem skierować się w stronę linii
start meta i gdzieś po drodze poszukiwać opcji bramki, przez którą docelowo możnaby wejść na linię start meta. Jedlan intuicja powiedziała mi, że może lepiej skręcić w przeciwnym kierunku, gdzie widać było wyraźnie bramę ewakuacyjna tuż za wysypaną żwirkiem strefą bezpieczeństwa za pierwszym zakrętem. Jeden ze stewardów zapytany o możliwość wejścia na prostą startową potwierdził, że tędy
da się wejść ale dopiero gdy ostatni pojazd (a był nim medical car – srebrny mercedes kombi) przejedzie tędy po zakończeniu wyścigu. Czekając na zakończenie wyścigu spotkałem ponownie Michała, który wraz ze swoją flagą dołączył do całkiem sporej już grupy entuzjastów tej formy świętowania końca wyścigu. Zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć, a ja na dodatek miałem jeszcze
pewien dylemat albowiem pożyczony od Pawła na trybunie Jones power bank był nadal w moim plecaku. Gdybyśmy mieli się nie spotkać później…. Zaliczyć by mnie wypadało nie tylko do grupy Kubicofanów ale może raczej kleptomanów 😉 . Wierzyłem jednak, że Paweł też będzie „hucznie” świętował zakończenie wyścigu, w którym Robert powrócił do F1, a ponadto zakładałem, że znajdzie
mnie w tłumie bez problemu ;).Gdy Valtteri Bottas triumfalnie zakończył GP Australii nastroje szczęścia nadal były wysokie, bramka na końcu prostej startowej przy Turn 1 została otwarta i ruszyliśmy tłumnie w stronę podium. Ile „fabryka dała” przebierałem w żwirku nogami czując, że buksuję i tempo mam jak Williamsy przez cały weekend. A gdy w końcu wygrzebałem się z najbardziej miękkiego podłoża postanowiłem poprawić aerodynamikę i pełen but. Michał był już z przodu ok. 10-15 m ale i tak czułem, że nogi niosą do przodu. Kątem oka zauważyłem, że po mojej prawej stronie przez małe furtki wpuszczani są kibice, którzy zasiedli tego dnia na trybunie Fangio, jednak strumień ich napływu był bardzo mały.
Okazało się bowiem, że przy trybunie Fangio aby się dostać na prostą startową nie tylko trzeba się było przepchnąć przez wąską furtkę ale pokonać również jakieś przeszkody pionowe w postaci dość wysokich stopni albo wręcz murku. W biegu nie wypałem wszystkich szczegółów tego typu przeprawy ale zanim zdałem sobie sprawę z prawidłowości dokonanego wyboru….. dobiegałem już w pobliże
miejsca docelowego. Jeszcze krótki dynamiczny slalom pomiędzy niektórymi kibicami, którzy już zdążyli się zatrzymać albo powoli „dochodzili” i nagle widzę przed sobą podium To była niespodzianka, której nie potrafię sobie wytłumaczyć nawet starannym przygotowaniem kondycyjnym prowadzonym przed wylotem do Australii 😉 . Pod podium byli tez ze mną Łukasz i Piotr z Melbourne, Michał, wielu innych Polaków. Na trybunie naprzeciw podium siedzieli i żywiołowo
Kubice ze Stargardu Szczecińskiego, których zresztą następnego dnia jeszcze raz spotkałem podczas zwiedzania Melbourne. Wszyscy nasi byli w niezwykle radosnych nastrojach mimo, że wynik wyścigu nie napawał zbytnim optymizmem. Podczas celebrowania tego święta podchodziło do nas wielu innych Polaków, pewna młoda Polka ze swoja mamą dziwiły się skąd taki zestaw flag przyjechał.
Starsza Pani zapytała czy Robert teraz będzie jechał w następnym wyścigu…;) Było wesoło. Dołączył Marcin z Elą i Arturem i całą grupą ustaliliśmy, że idziemy pod bramkę przy alejce motorhome’ów gdzie zamierzaliśmy dać jeszcze upust swojej radości. Dotarliśmy tam w małych grupkach ale w sumie chyba z ok. 30 osób zdecydowanie zainteresowanych wspieraniem Roberta stanęło twardo najbliżej jak było można przy bramie.
W pewnym momencie dwie dziewczyny z zespołu Williams podeszły do okupowanej przez nas bramy i rozdały nam przyniesione w kartonie lody dla ochłody.
Potem gdy nasze flagi szeroko rozpostarte powiewały nad bramką pojawił się Will Buxton z kamerzystą i wtedy daliśmy pełnego czadu. Oprócz okrzyku „Robert Kubica !” pojawił się dłuższy kawałek w postaci „Robert Kubica – dziś nas tu wszystkich zachwyca ! Robert Kubicaaaaaa – dziś nas tu wszystkich zachwyca! Zawsze i wszędzie – Kubica najszybszy będzie! Zawsze i wszęęęęęędzie – Kubica najszybszy będzie !” Potem dopiero dowiedzieliśmy się z relacji w TV, że Will ogłosił nasze zwycięstwo w kategorii najlepszych kibiców podczas GP Australii .
Potem do naszej grupy przyszli redaktorzy Eleven11 (Mirosławski i Kapica) i nagrali również krótkie wywiady. Na koniec różnych wypowiedzi kamera i mikrofon również zostały skierowane w moją stronę ale co ja tam nagadałem – do dziś się zastanawiam (pisząc te słowa mamy 29.03. a ja nie widziałem powtórki mojego wypowiadania się do kamery ;)).
Czekaliśmy jeszcze w nadziei, że może spotkamy Roberta i raz jeszcze mu podziękujemy za powrót. Gdzieś w motorhome Williamsa widzieliśmy, że nagrywany był jakiś wywiad z Robertem. Potem widać było, że w ogródku nieopodal David Coulthard i Mark Webber z innymi specami podsumowywali wyścig i nagrywali to do kamery. Cóż – nagle pojawił się jakiś gość z wózkiem i
skrzynią na nim chcący dostać się do motorhomu Williamsa i gdy strażnik otwierał bramę padły z naszej strony żarty, że nareszcie pojawiły się części zamienne.
Pewnie jeszcze z godzinę żyliśmy nadziejami, że może gdzieś przypadkiem ujrzymy Roberta ale nagle strażnicy miejscowi poinformowali nas, że brama za chwilę będzie otwarta i rozpocznie się transport wózkami widłowymi różnych demontowanych już elementów wyposażenia. Nakazano nam odsunąć się, a właściwie przesunąć na oddalony ok. 30 m dalej mały kawałek wolnej przestrzeni i ew. tam czekać. Potem pojawiły się pogłoski, że jeśli już czekamy na Roberta to raczej powinniśmy pójść tam gdzie podczas weekendu kierowcy pojawiali się w celu udzielania wywiadów. Z niewielkimi nadziejami ale rzeczywiście postanowiliśmy tam się skierować. Zanim jednak dotarliśmy zrobiło się już dość szaro i ciemno tak więc zaraz potem postanowiliśmy opuszczać tor i podjechać do centrum Melbourne aby w jakimś pubie kontynuować tak piękny dzień racząc się upragnionymi napojami .
Tym samym nadszedł czas pożegnań. Z Marcinem, Elą i Arturem żyjącym obecnie w Nowej Zelandii ustaliliśmy, że widzimy się w lipcu b.r. gdyż będą w Polsce przez kilka dni w Poznaniu
Z Pawłem i Asią którzy obecnie rezydują w Wietnamie też wkrótce powinna być okazja aby się spotkać. Po pierwszej rundce w pubie, do którego trafiliśmy po dość długim spacerze padła propozycja aby kontynuować wieczór u naszych Kowbojów z Chicago, którzy mieli wynajęty apartament w samym centrum. Ponieważ Grzegorz z córką Anią (mieszkańcy Sydney) też się odmeldowywali nastąpiło
również z nimi serdeczne pożegnanie. Po krótkim spacerze dotarliśmy do pięknego wieżowca Platinium w centrum Melbourne i zdaje się z apartamentu znajdującego się na 21 piętrze mogliśmy dalej kontynuować celebrowanie jakże
pięknego weekendu, a właściwie całego pobytu w Australii. Polał się „Jacek Danielczyk”, doszło do zamiany koszulek i nos Roberta zaczął być wydłużany na brzuchu innego Marka W zamian otrzymałem koszulkę o nowej szacie graficznej, bardzo ładnie wspierającej Roberta.
Próbując utrzymywać emocje na wysokim poziomie, a jednocześnie kontrolować przebieg wydarzeń i czekający mnie jeszcze powrót do hotelu nagle zarejestrowałem, że mój zegarek…. Nie porusza wskazówkami !!! Krótkie sprawdzenie realnego czasu wskazywało, że mój autobus do stacji Bell w Preston zdążył już zniknąć z początkowego przystanku. I znowu niezawodny Melbourńczyk – Łukasz stanął na wysokości zadania. Szybko załatwił Ubera, zlokalizował kierowcę i wcześniej pożegnawszy się z Kowbojami z Chicago oraz Piotrem z Melbourne zjechaliśmy windą na parter aby uścisnąć sobie nawzajem dłonie z nadzieją, że może gdzieś kiedyś będziemy się jeszcze widzieć Dojechałem do hotelu niezwykle szybko. W zasadzie ledwo z kierowcą (chyba Hindusem) nawiązaliśmy krótką pogawędkę, a tu prowadzony przez niego samochód po kilku skrętach w nieznane mi uliczki nagle wykonał skręt na parking hotelowy. Cały jeszcze naładowany emocjami uzmysłowiłem sobie, że wyścigowa, a równocześnie główna część mojej podróży na Antypody dobiegała właśnie końca.
18.03 Poniedziałek
Pobudka nastąpiła niezbyt wcześnie tak aby oszczędzać siły na zbliżającą się długą podróż. Biorąc prysznic pomyślałem, że będzie mi go brakowało przez następne kilkadziesiąt godzin. Po śniadaniu, w trakcie którego tradycyjnie wykonałem mały przegląd podsuniętej w hotelowej stołówce codziennej nprasy spakowałem się możliwie starannie i postanowiłem jeszcze raz udać się do centrum
Melbourne. Tym razem nie jako kibic ale turysta. Wypadało przecież jeszcze zrobić małe zakupy oraz zdobyć jakieś wrażenia ze zwiedzania. Spotkałem się w centrum z Michałem a potem Mateuszem i Łukaszem (braćmi z Krakowa), którzy zasadniczo mieli ten sam plan. Różnica polegała na tym, że Michał opuszczać miał Australię dzień później, a my co prawda różnymi samolotami ale wylatywaliśmy z Melbourne tego samego jeszcze wieczoru. Po zrobieniu małych zakupów rozłączyliśmy się, gdyż ja postanowiłem zwiedzić Melbourne czerwonym autobusem Hop On & Ho
Off, a moi towarzysze skupiali się na znalezieniu jakiegoś smacznego jedzonka w ramach późnego śniadania. W ten sposób podążyłem nieopodal znanego już mi placu Federation Square na początkowy przystanek autobusu dla zwiedzających. Oferowane są dwie linie – czerwona dla zwiedzania północno-zachodniej części miasta oraz czarna dla zainteresowanych południową częścią
City, a w szczególności plażą. Mój wybór padł na plaże St. Kilda. Zanim jednak czerwony piętrowiec ruszył w kolejny kurs zdążyłem dostrzec, że po przeciwnej stronie ulicy jest uliczka słynąca z kolorowych grafitti, o której zdążyłem już usłyszeć zarówno od innych rodaków zwiedzających
Melbourne ale również, którą widziałem w doniesieniach z GP Australii zamieszczanych przez duetredaktorów Aldonę o Czarka z PS. Nie mogłem odpuścić zatem podążyłem w uliczkę aby nagrać film pokazujący artyzm tego miejsca. Prawie już opuszczając to miejsce spotkałem kibiców Roberta ze Stargardu Szczecińskiego, których poznałem poprzedniego dnia podczas zakończenia wyścigu. Wykorzystałem ich do wykonania mi jednego zdjęcia i podążyliśmy swoimi drogami aby poznawać
Melbourne. Autobusem dotarłem do przystanku przy Marinie gdzie wysiadłem aby raz jeszcze popatrzeć na piękno oceanu. Upał wydawał się być ponownie bardzo intensywny dlatego raz jeszcze filtr 50 znalazł zastosowanie na mojej twarzy i rękach. Spokojnym spacerkiem najpierw obejrzałem nabrzeże, marinę, tor dla deskorolkowców, kolejne odcinki plaży, pomoczyłem nogi w oceanie i myślałem, że mam jeszcze sporo czasu i niezbyt odległy przystanek. Autobus czarnej linii kurował co 1 godzinę, tak więc miałem zamiar wskoczyć ponownie do następnego autobusu na następnym przystanku co wg mnie miało być planem całkowicie realnym. W pewnym momencie dowiedziałem się jednak, że do najbliższego przystanku mam 4 km, a wg moich obliczeń miałem ok. 20 min do
przyjazdu autobusu. Po krótkim sprawdzeniu okazało się, że do przystanku mam „tylko” 2 km, ale zadanie wydawało się karkołomnym wyzwaniem. Bardzo szybkim spacerem co chwila przerywanym nerwowym spoglądaniem za siebie czy piękną szeroką 3 pasmową aleją nie zbliża się mój autobus przebyłem te brakujące 2 km i dosłownie w ostatniej chwili mogłem wsiąść na pokład. Przejeżdżając przez ścisłe centrum dotarłem w pobliże drapacza chmur nazwanego Eureka – najwyższego budynku w Melbourne. Tam na 88 piętrze (cóż za zbieg okoliczności ) był taras widokowy, który miał być ostatnim planowanym punktem mojego zwiedzania. Winda z prędkością 9m/s błyskawicznie wwiozła mnie i innych ciekawych tej atrakcji ludzi na pięknie urządzony taras. Pogoda jak już wspominałem była słoneczna i widok z tarasu naprawdę był piękny.
Naładowałem wyczerpane moim zwiedzaniem baterie telefonów oraz ugasiłem pragnienie zimnym napojem. Potem obszedłem cały taras, a na zakończenie jeszcze wyszedłem na jego zewnętrzny niewielki balkon. Ponagrywałem i obfotografowałem co trzeba i ok. 16:00 skierowałem się ku wyjściu ku stacji Flinders. Nawet wjechałem i raz jeszcze zjechałem windą na 88 piętro aby nagrać film pokazujący jak szybko to się działo. Myślę, że nie mogłem sobie więcej wymarzyć aby w tak krótkim czasie zobaczyć i zwiedzić. Oczywiście mógłbym jeszcze po Melbourne podróżować z 3 dni ale w danych warunkach czasowych to było wszystko co mogłem.
Bez problemu dotarłem do hotelu, zamówiłem taksówkę i wraz z moimi bagażami zostałem zawieziony do terminala międzynarodowego lotniska Tullmarine Melbourne.
Nie zdążyłem jeszcze się dobrze rozejrzeć, a już znajoma twarz Szefowej Klubu Kibiców Roberta Kubicy się pojawiła. Zagadaliśmy trochę wymieniając krótko wrażenia z wyścigowego weekendu. Potem trzeba było przebrać się odpowiednio do oczekiwanych warunków w Polsce i udać się do odpowiedniego stanowiska po karty pokładowe, a ponadto nadać bagaż. W tej kwestii musiałem tez udać się do oddzielnego punktu, gdzie oznakowywane były i nadawane bagaże ponadgabarytowe, a powodem było uznanie mojego baneru za zbyt duży aby w wersji zrolowanej na pokład jako bagaż podręczny. Tam właśnie spotkałem trzech pracowników Toro Rosso, którzy przede mną nadawali jakąś dużą skrzynię. Zagadałem do nich i przedstawiłem się jako kibic z Polski, a wtedy jeden z nich
wyznał, że w roku 2010 pracował w Renault Sport z Robertem Kubicą. I dosłownie powiedział: „Robert był wtedy fantastyczny, naprawdę fantastyczny. Nie powinien wtedy mieć pozwolenia aby startować w rajdach”.
Po nadaniu nadgabarytowego bagażu udałem się do kontroli bezpieczeństwa ale zanim tam dotarłem napotkałem całą grupę Toro Rosso. Podszedłem do nich i poprosiłem o wspólna fotkę. Pewna Włoszka głośno zwróciła się do zespołu „Gentleman ! Selfie please !” I wtedy cyknąłem wspólne zdjęcia, na którym nawet pojawił się Alex Albon !!!:)
Po przejściu przez security control namierzyliśmy się z Mateuszem i Łukaszem i we wspólnym gronie wypiliśmy ostatnie australijskie piwka w trakcie tej eskapady. Okazało się, że Mateusz pracuje w branży filmowej i kręci różne dokumentalne materiały m.in. dla…. Rafała Sonika Miałem wrażenie, że moglibyśmy jeszcze wiele godzin gadać na tematy wyścigowe ale czas płynął nieubłaganie. Wymieniliśmy się jeszcze danymi kontaktowymi, uzgodniliśmy plany na najbliższą przyszłość i czas nadszedł na skierowanie się do odpowiednich samolotów.
Jakby mało było wrażeń schodząc już do poczekalni przypisanej dla mojego lotu wzrokiem spotkałem się z jeszcze jednymi „dobrymi znajomymi”.
Otóż ekipa Eleven11 w postaci Patryka Mirosławskiego, Filipa Kapicy i kamerzysty (jeśli dobrze pamiętam Łukasza, nie tym razem to nie był znany z wcześniejszych transmisji Zbyszek 😉 ). Zrobiliśmy sobie wspólną fotę i podążyliśmy na wyznaczone w samolocie miejsca. Siedzieliśmy w tej samej, tylnej części samolotu i uzgodniliśmy, że w czasie lotu jeszcze pogadamy. Zanim wystartowaliśmy udało się trochę pogadać z Patrykiem Mirosławskim, który był zaniepokojony występem Williamsa w Melbourne. Powiedział, że zespół nie ma żadnego dyrektora technicznego i nie ma chętnych aby w ten zespół wchodzić. Ponadto przyznał, że wg jego dwóch niezależnych źródeł Paddy Lowe wykupił udziały Patricka Heada, ma ich teraz ok 9% i jest brutalnie rzecz nazywając „nie-do-Wypierdolenia”.
Tu miałem podzielić się wiedzą zaprezentowaną przez Dietera Renckena (dziennikarza zajmującego się od wielu lat F1), wg którego Lowe miał w kontrakcie z Williamsem opcję w postaci udziałów, ale opcja ta nie została uruchomiona i w świetle ostatnich wydarzeń nie ma na to szans. Niestety usłyszałem też, że pieprznik w RWR jest niezwykły i zespół bardzo przygląda się polskim dziennikarzom gdy tylko pojawiają się w pobliżu. A już jak zaczynają pytać to wszystkie lampki alarmowe się zapalają. Generalnie cudem wg Patryka (przeszliśmy zresztą na Ty) stało się, że Williams pojawił się na starcie w GP Australii. I niestety usłyszałem również, że należy się przygotować na identyczne wyniki podczas wszystkich następnych wyścigów tego sezonu…….. Ktoś jakby mi w łeb przypierdzielił… Dowiedziałem się również, że E11 zrobił dobrego deal’a i odsprzedał dla TVP prawa do transmitowania live drugiej części każdego wyścigu GP Jak wiadomo wszystkim kumatym to nie przełoży się na stratę jakichkolwiek kibiców F1 bo komu będzie zależało na komentarzach nieprzygotowanych komentatorów?
Poza wyścigowymi plotami okazało się, że ekipa Eleven też w ostatnim dniu tj. w poniedziałek zapragnęła poczuć klimat Australii nie tylko skąpany w oparach paliwa wyścigowego i zaliczyli trasę do 12-tu Apostołów, a więc Port Campbell . Wygląda więc, że to piękne miejsce jest pewniakiem na liści atrakcji turystycznych dla kogoś kto znajdzie się w okolicy Melbourne.
Tym razem procedura startu naszego samolotu zaczęła się zgodnie z planem i ok. 22:30 Airbus A380 podniósł swój dziób nad pasem startowym lotniska kierując pasażerów na północny zachód – kierunek Dubaj. Zabrałem ze sobą wszystko ale przede wszystkim radość, że pomimo dość karkołomnej sytuacji z zadaniami zawodowymi udało mi się zdecydować na tę podróż, a ponadto wszystko w Australii co mnie spotkało było fajne, piękne i miłe. Poznałem wielu bardzo
sympatycznych ludzi i miałem okazje przeżyć naprawdę niezapomniany tydzień. Ogarnięcie tego zajmie mi jeszcze sporo czasu .
W samolocie po podaniu pierwszego poczęstunku wszyscy niemalże postanowili odmeldować się na zasłużony sen. Ja również próbowałem przejść w tryb stand-by ale w sumie chyba przespałem może 3-4 godziny. Potem włączyłem ostatnio już oglądany film o Lady Gaga i nie wsłuchując się w dialogi postanowiłem posłuchać fajnej muzyki będącej również IMO atutem tego dzieła. Nazajutrz w otoczeniu pasażerów wyprostowałem kości, a przy kibelku spotkałem Filipa Kapicę, z którym również uciąłem małą pogawędkę. Zapytałem co z tym Okoniem ? Czy to jego nie nazbyt ulubiony kierowca ? A na to redaktor Kapica odpowiedział, że zawsze gdyby chodziło o wybór pomiędzy kimkolwiek, a Robertem – zawsze byłby za Robertem. Zapytałem również skąd u niego zainteresowanie motorsportem i przyznał, że w dzieciństwie tata go tym zaraził. W szczególności wiele razy bywał na 24 godziny Le Mans we Francji. Rocznik 1992 – nie pamięta Senny ale już coś o erze Schumachera pamięta. Jak na tę krótką okazję do pogadania wydał mi się sympatycznym, komunikatywnym facetem. Bez napinki, bez zadzierania nosa. Była okazja na fajne pogadanie, a potem dowiedziałem się jeszcze, że niezbyt samopoczucie mu dopisywało po australijskim klimacie.
Po tej konwersacji ponownie oddaliliśmy się na wyznaczone miejsca i podano kolejny posiłek. Lot cały czas odbywał się w ciemnościach. W pewnym momencie nawet pojawił się jakiś ląd ale to dopiero Indie znalazły się pod nami. Podróże powrotne zawsze wydają się jakoś krótsze bo przecież mentalnie jesteśmy przygotowani na to co nas czeka. Różnica w drodze powrotnej była taka, że samolotem „goniliśmy” uciekający przed nami cel, stąd podróż do Dubaju trwała ok. 1 godz. dłużej niż w odwrotnym kierunku. Tak czy inaczej nagle pilot zaczął swoimi komunikatami przygotowywać nas na zbliżającą się procedurę podchodzenia do lądowania. W Dubaju temperatura ok. 25 st C. Był już
wczesny świt gdy opuszczaliśmy samolot i autobusem przemieszczaliśmy się do innego terminalu na lotnisku. W przerwie między lotami kamerzysta E11 wyznał, że dźwigana przez niego kamera warta jest ok. 200 000 PLN i dlatego zabiera ją jako bagaż podręczny. Cacko to waży zaledwie 8 kg ale ze względu na ochronę przed niefrasobliwymi ludźmi zajmującymi się przeładunkiem bagażu wnosi ją zawsze na pokład samolotu. Po przejściu przez kontrolę postanowiłem zaproponować wspólne piwo i po chwili sączyliśmy smaczny napój we czwórkę z ekipą E11. Dowiedziałem się przy okazji, że podczas transmisji TVP eksperci telewizyjni pomylili podczas GP Australii DRS z KERS 😉 Ponadto dowiedziałem
się, że do studia E11 chętnie zapraszana jest Aldona ale Cezary już nie. Ponieważ czasu do odlotu w kierunku Warszawy było mało, ta pogawędka szybko się skończyła i podążyliśmy do odpowiedniej bramki za którą czekał kolejny – ostatni w tej podróży – samolot.
Po usadowieniu się z lewej strony kadłuba przy oknie postanowiłem też poprzesyłać Wam trochę aktualnych zdjęć lecąc nad Morzem Czerwonym, widząc gdzieś daleko w oddali Bahrajn, Kuwejt, potem Turcję, Morze Czarne, Warnę, Dunaj i coraz bardziej przybliżając się do Warszawy. Pod koniec lotu siedząca w tym samym pasażerka zainteresowała mi swoimi wspomnieniami z podróży do Filipin. Krakowianka opowiedziała barwnie o spotkanych tam ludziach, potrawach i atrakcjach turystycznych. Odwdzięczyłem się krótką relacją z Australii – tak więc nie spostrzegliśmy się niemal gdy pilot oznajmił, że przy temp ok. 10 stC spróbuje posadzić samolot na pasie lotniska w Warszawie. Jak zapowiedział tak zrobił, a ja czułem że wróciłem do macierzy 😉
Na lotnisku znalazł się również mój bagaż główny i ten ponadgabarytowy. Wezwałem kierowcę parkingu, na którym pozostawiłem mój samochód i po ok. 30 minutach pakowałem mój bagaż do dobrze znanej mi maszyny. Tym razem siadałem po lewej stronie ale szczerze mówiąc nie było problemu aby przypomnieć sobie standardowe nawyki obsługiwania samochodu z kierownicą po prawej stronie. Była godz. 12:00 gdy opuszczałem stolicę z nadzieją, że żadne zdarzenia na A2 nie spowodują jakichś perturbacji na mojej drodze do domu. Los był rzeczywiście łaskawy. Pogoda dopisywała, a ruch na autostradzie nie przeszkadzał i po ok. 2,5 godz. dotarłem do mojego domku
Misja Kubicowania w drugim debiucie Roberta w F1 została przeze mnie zakończona. Dziękuję wszystkim, których spotkałem na tej całej drodze za miłe współkibicowanie, a jednocześnie wszystkim, którzy zdalnie wspierali mnie trzymając kciuki i pisząc różne fajne słowa. Była to przesympatyczna podróż w nieznane z niezwykłymi wspomnieniami zabranymi z Kangurowa